Trening CQB 27.01.2007

Każdy z nas miał chęć postrzelać. Spotkać się wreszcie w terenie i wymienić kompozytem. Najlepiej żeby trafił się jeszcze jakiś sprawny OPFOR. Ustaliliśmy że spotykamy się 27 stycznia na N2. Tam w weekendy zawsze się ktoś kręci więc nie powinno być problemu ze znalezieniem nieprzyjaciela. Sushi zapowiadała że pojawi się w sobotę lub w niedzielę ze swoimi ludźmi więc była szansa że na siebie trafimy. Mieli byśmy okazję żeby skonfrontować nasze squady w boju.

We wtorek w Paradoxie pojawiła się Marta i zgłosiła chęć pojawienia się na naszym treningu. Marta to „świerzynka” nigdy jeszcze nie strzelała, chciała zobaczyć jak jest i przekonać się czy warto wydawać kasę na AEGa. Przygarnęliśmy ja bo deklarowała że chce kupić sobie AK47. U nas prawie wszyscy mają broń bloku wschodniego więc pasowała by.
W dzień poprzedzający trening Jager napisał że nie przyjedzie. Spadł duży śnieg, pogoda była niepewna, nie uśmiechało mu się jechać 200 km z Kielc. Podzielam jego obawy i rozumiem. Tego samego dnia „wysypał” też się ErTo. Był na delegacji w trójmieście i coś mu opóźniło powrót. Cały czas sypał śnieg i rosło ryzyko że na N2 nie da się dojechać zdecydowaliśmy więc że trzeba zmienić miejscówkę. Wybór padł na Hynka/Flisa.

Rano Duży podjechał po mnie swoim „Black Hawkiem”, po drodze zgarnęliśmy SzacHa. Padał śnieg. Gdy dojechaliśmy na miejsce reszta już czekała. Tylko 6 osób. Dobre i to, wystarczy żeby szkolenie się odbyło. W programie powtórzenie z musztry i walka w pomieszczeniach. Miałem też ze sobą zestaw do zrobienia strzelnicy, tarcze własnej produkcji wzorowane na tych używanych w polskiej armii i zszywacz tapicerski.

Zaczęliśmy od ustawienia strzelnicy i przystrzelania broni. Było poniżej zera i gumki HopUp nie brały. Trzeba było przeregulować. Nie darowaliśmy sobie żeby nie postrzelać do sopli lodu zwisających z sufitu. Marta dostała broń od Bratka ale bateria zdechła po kilku strzałach. Wyciągnęła więc MP5 pożyczony od Hochlika.

Kiedy nasze palce łakome dotyku spustu wreszcie ochłonęły mogliśmy przejść do rzeczy. 40 min powtórki z musztry pojedynczego żołnierza przeprowadziłem ja. Następnie Bratek w zastępstwie ErTo poprowadził „poruszanie się oddziału w pomieszczeniach”. Ćwiczyliśmy ponad godzinę. Często przerywaliśmy żeby zacząć od nowa. Powtarzaliśmy do czasu aż uznaliśmy że efekt jest zadowalający.

Po szkoleniu zrobiliśmy przerwę na jedzenie i kawę. W między czasie śnieg przestał padać i wyszło słońce. Spławik wyciągnął z plecaka kabanosy pakowane próżniowo. To jedzenie które zawsze zabieramy na wypady. Żartobliwie nazywamy je SRE (Sausage Ready to Eat) na wzór amerykańskich MRE (Meal Ready to Eat). BTW, amerykanie często żartobliwie odczytują MRE jako (Meal Rejected by Ethiopians).

Wreszcie nadszedł czas na odrobinę adrenalinki. Scenariusz –„bój spotkaniowy 3/3”

Epizod 1
Nieprzyjaciel – Bratek, SzacH, Marta
My – Agapow, Spławik, Duży

Startowaliśmy z przeciwnych stron budynku. Nie mieliśmy sprecyzowanej koncepcji ataku. Poszedłem prawą stroną po muldach ziemi przykrytych śniegiem. Mam kamuflaż zimowy BW, dobrze się sprawdza w takich miejscach. Spławik środkiem przy ścianie. Duży został przy schodach na górę. Kiedy podchodziłem mignął mi Szach na piętrze puściłem dwie krótkie serie w jego kierunku, chybiłem. Zniknął mi z oczu. Zemściło się to szybko bo za chwilę usłyszałem Spławika jak krzyczy że dostał. W tym czasie doszedłem do pozycji startowej nieprzyjaciela. Na nikogo nie trafiłem więc chciałem zachodzić ich od tyłu. Zrobiłem dwa kroki w przód i zobaczyłem Bartka jak wychyla się za winkla. Było za późno żeby się cofnąć, nie zdążyłem nawet przycelować. Poczułem serię kompozytu na twarzy. Zapiekło, zdążyłem jeszcze puścić serię ale niecelnie. Dostałem.
W między czasie Duży zaskoczył Szacha i Martę, polegli oboje. Duży i Bratek nawiązali ogień. Strzelali się przez całą długość budynku. Niestety tuningowany gnat Bratka potwierdził swoją przewagę. Duży poległ jak bohater.

Epizod 2
Nieprzyjaciel – Bratek, Marta, Duży
My – Agapow, Spławik, Szach

Zmieniliśmy się stronami. Krótki briefing przed akcją. Dlaczego przegraliśmy – bo nie było komunikacji. Żebym ostrzegł Spławika na czas uniknął by zaskoczenia przez Szacha. Proponuję żeby podzielić obszar budynku na 9 sektorów. Jeśli któryś z nas zauważy wroga krzyczy kogo widzi i w jakim kwadracie. Taktyka sprawdza się doskonale. Atakujemy. Ja oczywiście po zaśnieżonych muldach. Co chwilę ktoś od nas krzyczy więc widzimy dokładnie gdzie nieprzyjaciel. Bratek ze swoją giwerą, którą zdążyłem już boleśnie odczuć, zaczaił się po moje stronie. Był tak pewny jej zasięgu że nawet się nie chował. Musiałem skrócić dystans. Kamuflaż spisywał się doskonale. Ukryty za ośnieżoną górka wychlałem się to z jednej to z drugiej strony i oddawałem serię. Zanim mógł przycelować znikałem w śniegu. Nie mogłem jednak robić tego długo, byłem przekonany że czeka na mnie z wycelowanym karabinem i kolejne wychylenie się przypłacę headshotem. Usiadłem więc centralnie za górką, oszacowałem gdzie powinien się znajdować wystawiłem sam karabin i oddałem długą serię na ślepo. Opłaciło się :-), nie wierzyłem w skuteczność tej metody ale oto z za górki usłyszałem „dostałem”. Bratek poległ. W między czasie Spławik z Szachem uporali się z Dużym. Została Marta. Nie znaliśmy jej pozycji ale mogliśmy przypuszczać że znajduje się między naszymi pozycjami. Zaczęliśmy skracać odległość i oto na śniegu mignęła mi jej czapka uszatka. Krótka seria i kolejna gra skończona.

Epizod 3
Nieprzyjaciel – Spławik, Szach, Duży
My – Agapow, Bratek (Marta poszła do domu, była po nocnej zmianie, i tak podziwiam że się stawiła)

Koncepcja. Nie dopuścić na bliski dystans nieprzyjaciela, wykorzystać to że Bratek ma najwięcej FPSów z nas wszystkich. Ukryliśmy się w drzwiach pomieszczeń w samym rogu. Było to kilka połączonych ze sobą pokoi. Mogliśmy kontrolować wejście do nich, jednocześnie było się gdzie wycofać gdyby nas przycisnęli. Usłyszeliśmy że ruszyli. Krzyczeli „Agapow – 7, Bratek – 7” a gdzie niby mieliśmy być? W kwadracie 7 i nie zamierzaliśmy się ruszać.

Zobaczyłem Spławika, szedł środkiem. Schował się za betonową kolumną i koordynował działanie reszty. Próbowaliśmy z Bratkiem go ostrzelać. Widziałem go ale nie mogłem oddać skutecznego strzału. Próbowałem strzelać lobem, nawet go nie widząc. Za którąś serią usłyszałem „dostałem”, jak się później dowiedziałem nie ja go ustrzeliłem. Chował się za kolumną przed moim ostrzałem i nieostrożnie wychylił się z drugiej strony kolumny co wykorzystał Bratek.
Chwilę potem Bratek poległ zastrzelony z boku przez Szacha.
Miałem odkrytą prawą flankę. Przez chwilę nasłuchiwałem czy Szach nie wszedł do mojej części budynku – ale nie. Zmieniłem stanowisko. Ustawiłem się w drzwiach i czekałem. Liczyłem na to że Szach pójdzie do przodu. I nie przeliczyłem się, jak tylko zobaczyłem sylwetkę oddałem dwie krótkie serie. Szach przeszedł do historii.
Został Duży i Ja. Przez 5 minut czekałem na jego ruch. Nie doczekałem się. Pewnie sam też czekał aż ja po niego przyjdę. Zobaczyłem go po przeciwnej stronie budynku. Mogłem ruszać, miałem przynajmniej pewność że nie czai się na mnie z boku. Pełzałem na czworaka po śniegowych muldach. Usłyszałem „ Przerwać ogień, cywil! Zostać na pozycjach” . Spławik przeprowadził przez pomieszczenie jakiegoś kloszarda który zbierał puszki. Wspominał później że facet był trochę przygłuchy i dosyć przestraszony. Jak zobaczył SzacHa który wyszedł na niego z karabinem SWD struchlał. Szach krzyknął tylko „Niech Pan tu zostanie, tam strzelają” i poszedł atakować moją pozycję, chwilę potem już nie żył. Spławik zlitował się nad stojącym w kącie człowiekiem i zdecydował się wyprowadzić go z zagrożonej strefy.

Zostaliśmy na swoich pozycjach. Ja na ośnieżonych muldach Duży 50 m ode mnie w drzwiach pomieszczenia. Ja znałem jego pozycję on mojej nie. Kiedy Spławik dał znać że można kontynuować ruszyłem na czworaka do przodu. Chciałem podpełzać jak najbliżej i zaskoczyć go serią z bliska. Pierwsza seria niestety była niecelna. Duży namierzył moją pozycję i zaczęła się wymiana. Duży skracał dystans, zmienił pozycję, nie znałem jego intencji ale widać było że ma plan. Podbiegł do przodu i schował się z kolumną. Oddałem krótką serię i sięgnąłem po granat. Podpaliłem lont i rzuciłem. Niestety po wybuchu nie usłyszałem upragnionego „dostałem”. Jak się później dowiedziałem granat spadł 2 m od Dużego. Gdybym chwilę po rzucie wychylił się z karabinem miał bym go na talerzu. Duży nie miał granatów żeby się zrewanżować (jest u nas w składzie specem od demolki – szewc bez butów chodzi). Podjął desperacką próbę przebiegnięcia do następnej kolumny jednocześnie strzelając z biodra w kierunku mojej pozycji. Ja w tym czasie wystawiłem karabin nad górkę i na ślepo pociągnąłem serią. Skutecznie. Duży udał się na łono Abrahama.

Epilog
Zbieraliśmy nasz ekwipunek z poczuciem że naprawdę spędziliśmy fajnie czas. Wysiłek, adrenalina, to co tygrysy lubią najbardziej. Następnego dnia Duży napisał na forum „Wróciłem do domu, zjadłem obiad i zastanowiłem się dlaczego tak wcześnie skończyliśmy” 🙂