PraetorCon V

Marszałek Józef Piłsudski, wyimek z rozkazu z 27 marca 1929.:
"Bez łączności niema i być nie może skoordynowanej pracy wojska, niema złączenia wysiłków krwawych żołnierza dla odniesienia zwycięstwa i krew ludzka leje się darmo. Dlatego też powtarzać zawsze będę, że lepsza jest dobra łączność niż armata, niż karabin maszynowy, niż kuchnia polowa i wóz amunicyjny. Moje określenie, które stale przy grach wojennych powtarzam jest, że wojsko bez pracy nad łącznością staje się zwyczajną dziewką publiczną, szukającą awantur miłosnych po różnych lasach i pagórkach, bez żadnej korzyści dla wojny."

PraetorCon V

Raport końcowy FIA OPS.

Podczas dorocznego, dwudniowego spotkania FIA o kryptonimie "PraetorCon V" oprócz dyskusji teoretycznych, przeprowadzone zostały terenowe ćwiczenia łącznościowo – nawigacyjne. Ćwiczenia podzielone zostały na dwie części odbywające się w różnym czasie, terenie i przy różnych założeniach. Poniżej relacja ze spotkania opowiedziana przez FIA OPS, czyli jednego z dwóch "oficerów", którzy w obydwu ćwiczeniach odegrali rolę sztabu polowego.

Budzę się rano w samochodzie, który dwie godziny wcześniej zabrał mnie spod domu. Droga z Warszawy w Góry Świętokrzyskie jest wyjątkowo dobra, więc nie było problemu z ucięciem drzemki. Dowiaduję się, że mamy zgrupowanie w Wąchocku, co na początku wzbudza szczery śmiech wśród współtowarzyszy podróży, lecz zaraz okazuje się, że to prawda – odbieramy rozkazy w legendarnej polskiej miejscowości! Jest chyba jakaś 0900 ale na ryneczku miasteczka panuje zgiełk i pośpiech, podjeżdżają samochody, każdy odbiera ostatnie pouczenia i rusza dalej, nikt nie chce spóźnić się na swój "desant".

My czyli, Praetor i ja debiutujemy w roli Oficerów Operacyjnych i też na gorąco dowiadujemy się jak będzie wyglądała nasza "praca". Potem szybko w miejsce desantu trzech osób jadących tym samym samochodem i możemy zacząć wykonywanie zadania.
Każdy samochód, który przyjechał tu z różnych części polski, chociaż w większości z woj. Mazowieckiego zawiera 4-5 osób. Nie wszyscy zostali przydzieleni do tych samych sekcji. Ich zadaniem jest zdesantować się we wcześniej podanych lokalizacjach, na obrzeżu terenu leśnego o powierzchni ok. 15 – 20 kilometrów kwadratowych. Desant musi nastąpić o odpowiedniej godzinie. Następnie sekcje muszą się ?odnaleźć? w konkretnych miejscach, także przy zachowaniu odpowiedniego czasu. Potem sekcje będą musiały się połączyć w drużyny odnajdując się w tym samym czasie i miejscu a następnie drużyny połączą się w pluton i na tym zakończy się ćwiczenie.
Pół- terenowa Subarka Praetora robi na mnie niesamowite wrażenie dając dzielnie radę i na szosie i na leśnej drodze – pytam się skąd wziął kredyt na auto z salonu ? ku mojemu zaskoczeniu dowiaduję się, że samochód ma już 10lat.
Opuszczamy "ludzkie drogi" i udajemy się do punktu gdzie FIA OPS ma założyć posterunek i skąd ma koordynować działania rozproszonego plutonu. Bez trudu odnajdujemy właściwe miejsce, przy dużej leśnej wycince, co na pewno ułatwi komunikację radiową. Rozwijamy antenę, montujemy polowe zadaszenie dla naszej radiostacji i jej operatorów i przygotowujemy się do pierwszych zakodowanych meldunków, jakie mają nam nadać działający w sekcjach RTO.

W międzyczasie znajdujemy zagubioną, wyschniętą do białości, ogromną czachę jakiegoś byka albo raczej krowy, którą natychmiast przyjmujemy w poczet sztabu i chrzcimy "Charonem" – Charon bardzo dobrze wkomponowuje się w zimny, surowy, deszczowy krajobraz lasu i po chwili zostaje moim jedynym towarzyszem, jako że Praetor jest gospodarzem PraetorConu (jak sama nazwa na to wskazuje) i musi udać się do miejsca gdzie będziemy dzisiaj nocowali w celu dopatrzenia ostatnich przygotowań.
O pełnej godzinie spływają meldunki określające sytuację i położenie pododdziałów. Wszystko w porządku aczkolwiek jeden meldunek od sekcji składającej się z obserwatorów, czyli ludzi, którzy są u nas po raz pierwszy rozśmiesza mnie (i Charona) wyjątkowo… Tabela kodów odczytuje hasło nadane po pięciu minutach od wejścia w teren: "Zgubiliśmy się!" No cóż nawigacja to nie bajka i ostrożnym trzeba być. Na szczęście za chwilę sekcja odnajduje się już bez problemu i dalej wszystko idzie jak z płatka.
Czego koordynowany przeze mnie, nieuchronnie dążący do zgrupowania pluton nie wie, to że w rejonie działa nieprzyjaciel ? jedna z sekcji dostaje rozkaz prowadzenia działań zaczepnych wobec każdego napotkanego uzbrojonego człowieka.

Mijają godziny, RTO meldują położenie, ćwiczą meldunki w systemie SALUTE, procedury komunikacji nabierają tempa i energii. Sekcje się odnajdują i zaczynają zgrupowania w drużyny. Nawigatorzy mają nie lada zadanie, teren jest trudny a mapy jak zwykle nie dokładne, eh wojenko. Jedni wybierają liczenie parokroków inni wolą jednak pracę w oparciu o kompas i punkty charakterystyczne. Jedni mają wrodzony talent do odnajdywania drogi inni mają silne nogi. Grunt to zmieścić się w oknie czasowym i podać właściwą pozycję.
Charon podrzuca mi dobry pomysł i po chwili przy użyciu tabeli kodów nadaję, że w okolicy zlokalizowano wrogi oddział. Za chwilę mimo wyuczonego wśród RTO FIA spokoju odbieram nerwowe zapytania od nawigujących gdzieś w gęstwinach partyzantów. Najwyraźniej informacja, że w okolicy działa nieprzyjaciel – bez podania liczebności i rejonu nie satysfakcjonuje moich odbiorców. Cóż, po prostu trzeba mieć oczy dookoła głowy i tyle. Okno czasowe koncentracji drużyn szybko się zamyka i przychodzi czas na podanie rejonu koncentracji plutonu ? który FIA OPS wyznacza na swojej pozycji.
Wraca Praetor z zapewnieniem, że na miejscu "właściwej" części spotkania wszystko gra. Po kolejnej godzinie oczekiwania w deszczu i próbach nawiązania jakiejkolwiek sensownej rozmowy z Charonem, z lasu wyłania się pierwsza drużyna, następnie kolejna i kolejna. Pluton osiąga zdolność bojową i tym samym zarządzamy odbój. Komunikacja i nawigacja przećwiczone w warunkach bojowych. Obyło się bez strat ? w naszej talii brakuje tylko Jokera, czyli sekcji, która robiła za OPFOR ? ci jak przystało na renegatów, postanowili nadłożyć dobre 10km przy okazji odwiedzając okoliczne pomniki przyrody, rozkodowanie których nazw przez radio zajęło nam dobre piętnaście minut. Charon podpowiada w końcu, że sekcja melduje, że są przy jakimś "Pomniku Przyrody Wytrysku Natury". Cóż, Góry Świętokrzyskie na pewno nie jeden jeszcze przed nami skarb ukrywają.

Po pół godzinie jazdy docieramy do naszego hotelu. Muszę tutaj stanowczo zaznaczyć, że w całej historii FIA jest to pierwszy, jak dotąd jedyny i bardzo wyjątkowy raz, kiedy przyszło nam spać w ludzkich warunkach. Wszystko to jednak dlatego, że PraetorCon to bardzo wyjątkowa impreza w kalendarzu naszego partyzanckiego oddziału.
Hmm, można by to najłatwiej porównać do? na przykład urodzin. PreaetorCony – a to już właśnie piąta edycja, są jedynymi spotkaniami w roku, które mają na celu rozmawianie, dyskutowanie, deliberowanie, gdybanie i wzajemne się przekonywanie w przeciwieństwie do zwykłego comiesięcznego wojowania, czołgania się w bagnach, niewysypiania, maszerowania, moknięcia i jeszcze raz wojowania, które mamy w zwyczaju.

Tak PraetorCon to impreza integracyjna, na której pozwalamy sobie na celebrację i luz. W końcu jesteśmy całkiem sporą grupą i często zdarza się tak, że oprócz ludzi z którymi właśnie tworzy się drużynę, a czasem tylko Buddy Team – podczas MilSimu nie mamy możliwości zamienić więcej niż kilka słów pomiędzy odprawą a załadunkiem do transportu. Więc raz do roku spotykamy się w celu przedyskutowania rozwoju oddziału, planów na kolejny rok, pomysłów na szkolenia i wyjazdy i tak dalej. Oczywiście, żeby nie było za lekko to najpierw musimy sobie "pospacerować" po lesie jak to właśnie opisałem. Ubłoconym i styranym leśnym ludziom, hotel z przygotowaną salą konferencyjną i dwuosobowymi pokojami z prysznicem wydaje się jakąś baśnią. Po chwili jednak okazuje się, że oprócz nas partizanów w tym samym "lokalu" bawić będzie się autokar nauczycielek z podstawówek, które maja tu akurat tez coś w stylu swojego PretorConu? Także zapowiada się urocza noc z prawdziwym dansingiem na parkiecie.
Zanim to jednak nastąpi odpalamy ognicho w pięknej wiacie, wrzucamy kiełby na kije, słuchamy przemówień, gratulujemy wyróżnionym przez Sztab FIAkom, którzy w minionym roku wyjątkowo przyłożyli się do pracy na rzecz oddziału i otwieramy piwka. Część integracyjna poprzedzona jest jeszcze (zapomniałbym dodać) panelem dyskusyjnym w sali konferencyjnej, gdzie jako pierwszy punkt programu Ender poprowadził tak zwane Studium Przypadku, czyli opracował i przeanalizował zaistniałą, wybraną sytuację taktyczną na jednym z minionych MilSimów. Zdaje się, że padło na szturm na umocniony most podczas MilSimu Red River 2.
No i tak właśnie zaczęła się właściwa część spotkania, czyli integracja przy ognisku. Rozmowom nie było końca i nawet baczne ostrzeżenie o porannej rozgrzewce nie popsuło nam wyśmienitych humorów. W końcu nadszedł upragniony czas na wspólne pogawędki, wyjaśnianie zaistniałych gdzieś, kiedyś sytuacji bojowych, które do tej pory nie miały szansy na właściwe obgadanie, czy po prostu smaczne objadanie się kiełbasą. Codzienna komunikacja przy pomocy forum nigdy nie zastąpi rozmowy w cztery oczy a nasze cotygodniowe, luźne spotkania w Tawernie ze względu na swoją lokalizację nie są wstanie zgromadzić wszystkich członków naszej gawiedzi…
Nie wiadomo kiedy, mijają szybko godziny, powoli przy ognisku robi się coraz luźniej, aż w końcu zostaję przy nim sam z grupą zaangażowanych w dyskusję bodajże o zimowym survivalu zapaleńców. Jak się okazuje nie wszyscy jednak czmychnęli do pokoi bo w drodze do mojego łoża znajduję jeszcze kilku twardzieli, którzy mimo zmęczenia obtańcowują nasze nowe koleżanki nauczycielki na parkiecie przy pomrukach dogasającego wodzireja.

Poranek następnego dnia jest jednym wielkim westchnieniem zawodu, spowodowanym brakiem jajecznicy – ech rozpuścili się ci partyzanci, ale cóż raz w roku jest Święty Mikołaj i raz w roku jest PraetorCon, więc w następnym roku Praetor obiecuje najwyżej sam obrabować jakąś wieś z jaj i jajecznicę oddziałowi dostarczyć. Zamiast rozgrzewki mamy jednak musztrę, co jednakowoż wpływa na poprawę samopoczucia i po chwili jesteśmy zwarci i gotowi do przystąpienia do kwestii merytorycznych. Do boju rusza tablica, flamastry, kartki, notesy i sala konferencyjna.
Mimo tego, że nauczycielki z podstawówek i może nawet Charon mogliby na pierwszy rzut oka uważać inaczej – do naszego hobby podchodzimy cholernie poważnie. Teraz przychodzi czas na zaplanowanie działalności FIA na kolejny rok, rozliczenie się z celów wyznaczonych na rok mijający i wyznaczenie kolejnych. Dyskutujemy nad sukcesami opracowania autorskiego sytemu symulacji zranień Red System, nad udaną fuzją dwóch oddziałów czyli Szwadronu C i FIA czy np. organizacją dla gości z zewnątrz warsztatów pt. Scenariusze Bojowe. Czasu mało, ale przy sprawnej moderacji udaje się "zasiać" główne tematy, które następnie będą dopracowywane przez sztab. Okno czasowe części konferencyjnej zamyka się równie szybko jak okna czasowe koncentrujących się pododdziałów w dniu poprzednim i przychodzi czas na kolejne ćwiczenie polowe.

Poszczególne sekcje zostają zapakowane do transportu i wywiezione w nieznane. Dowódcy dowiadują się o celu kolejnej misji. Tym razem oddział ląduje rozproszony w nieznanych sobie lokacjach. Poszczególne grupy muszą najpierw odnaleźć własne położenie względem mapy – aby następnie skoncentrować się w drużyny nie korzystając oczywiście z pomocy GPS ani GSM.

FIA OPS zabiera się ostatnim rzutem (sorry Charon, zaspałeś przy ognisku) i dopilnowuje ostatnich desantów ? kierowca transportera ? lokalny znawca historii świętokrzyskich oddziałów partyzanckich jest wyraźnie wniebowzięty z okazji wykonanego zadania i przy okazji nie omieszkuje nam opowiedzieć jak to: "chłopcy tutaj dawali niezłego łupnia Niemcom" i że "właściwie całe okoliczne tereny, przez czas okupacji, pozostawały pod kontrolą naszych"… No i oto chodzi i oto chodzi.
Tak czy siak, jakoś niechcący wymyka się nam, że ostatnia sekcja to nieźli twardziele i pan kierowca wpada na szatański pomysł, wcale nie konsultując go z nami (przecież i tak byśmy go poparli) – po wysadzeniu ostatniej grupy, ze szczerym uśmiechem oświadcza nam, że "skoro to tacy twardziele to wysadziłem ich kilka kilometrów dalej, tak że po drodze będą mieli bagna i bobrowiska, w których na pewno ugrzęzną". Taki to chyba humor świętokrzyski.
Cóż, wzruszyliśmy ramionami i poprosiliśmy o podrzucenie nasz przy skrócie, który umożliwi nam dotarcie do celu – tym razem szczytu góry – przynajmniej na godzinę przed resztą plutonu. Procedura ćwiczenia przebiegała podobnie, meldunki sytuacyjne o pełnej godzinie, tym razem jednak wszystko w biegu bez czasu na postoje. Komunikacja radiowa jest utrudniona, bo niektóre grupy znajdują się centralnie po przeciwnej od siebie stronie góry, ale dzięki sprawnemu przekazywaniu meldunków, FIA OPS jest wstanie cały czas kontrolować położenie swoich ludzi.
Za to w pewnym sensie nawigacja jest ułatwiona bo, przynajmniej teren konkretnie mówi nawigatorowi, że w górę to dobrze w dół to nie za bardzo. Po drodze podziwiamy piękno okolicznej przyrody i mówimy jak bardzo byśmy chcieli tutaj wrócić najlepiej przy okazji porządnego MilSima. Rzeczywiście Góry Świętokrzyskie mają niesamowity urok i nie dziwię się wcale, dlaczego mój dziadek ś.p. płk. Zdzisław "Zawała" Gruszecki z takim rozmarzeniem wspominał swoje leśne AKowskie przygody, które właśnie tutaj miały miejsce. Po chwili wyprzedza nas jedna z sekcji, z którą do końca misji mamy już całkiem dobry kontakt na PMR. Przyjmujemy poprawne meldunki od wszystkich RTO i sami po dwóch godzinach wspinaczki osiągamy grań, którą dojdziemy niebawem do szczytu, na którym spotkamy się z resztą.
Zastanawiamy się jak daje sobie radę grupa "twardzieli", która przecież miała utknąć na bobrowisku, gdy nagle na zarośniętym szlaku wyłania się jeden z nich, po czym następny i następny. Wymijają nas i z szybkich pomruków pod nosem dowiadujemy się, że rzeczywiście "jakieś tam bagno" było – ale nie było wstanie ich powstrzymać. Pół godziny później w sile plutonu zajmujemy szczyt, przeprowadzamy odprawę końcową podsumowującą dwudniowy pobyt w tej pięknej okolicy, trzaskamy pamiątkowe fotki i już krokiem turystycznym aczkolwiek w pośpiechu przed zmrokiem udajemy się do "bazy" samochodów i dalej każdy w swoją stronę do domów.
Tak właśnie dobiegł końca PraetorCon V, coroczna impreza integracyjna FIA, którą zamknęliśmy udany rok działalności naszej ekipy i otworzyliśmy kolejny, pełen nowych wyzwań, nowych wyjazdów, poznawania nowych ludzi i miejsc.
"A Charon?" – zapyta zdziwiony czytelnik… A Charon moi drodzy, przypilnuje na miejscu, coby nikt tych pięknych okolic nie popsuł do naszego powrotu w niesamowite Góry Świętokrzyskie…

FIA Czubaka

Pricelessy uczestników:

Vitez:
1. Drugiego dnia my, czyli FTVI dotarliśmy na szlak wzdłuż szczytu, jesteśmy jakieś 300m od Łysicy i wywołujemy kogo się da. Złapaliśmy m.in. naszą drugą połówkę drużyny, czyli FTIII. No to się dogadujemy, momentami całkiem nieźle słychać (5/6, 6/6), więc szacuję że są jakieś max 500m od nas przy tych warunkach. Po podaniu naszej lokalizacji otrzymujemy za jakiś czas informację by kontynuować do celu… dziwne, nie czekać na nich? Na parkingu okazało się że… byli ponad 3km od nas w linii prostej.

2. Pierwszego dnia wycieczka przez bagienko. Skąpałem prawą nogę przez utratę równowagi, wyszliśmy na suche i patrzę, że Lynx, Granat, Albin prawie niezamoczeni… no ładnie, myślę sobie, tylko ja się wykąpałem. Po czym przychodzą Ewka i Chmielu – wykąpani do pasa jak nie lepiej.

Kojee:

FTIV odpoczywa po forsownym marszu do Zenit 2. Silvan (dow.) odbiera zakodowany komunikat na PMR od Endera do Erto – "melduję Charlie Sześć, Delta Cztery itd. itp." Notuję skrupulatnie, biorę się za odkodowywanie i wychodzi mi: "Straciliśmy wszystkich medyków! Atakują naszą bazę!". W tym momencie myśleliśmy, że umrzemy z Silvanem ze śmiechu.