Zaznaczanie trafień na tarczy

Jaka jest różnica pomiędzy członkami organizacji proobronnych a wojskiem?

Bardzo często stykam się z opinią, że proobronni podszywają się pod prawdziwych żołnierzy, że psują wojsku reputację, nic nie umieją a ubierają się jak komandosi. Na prawdziwym polu walki nie wytrzymali by nawet minuty. Pamiętam sytuację w której jeden operator z JWK skrytykował nas za użycie sformułowania „żołnierz FIA” – które pojawiło się gdzieś na stronie www ale nigdy nie było w powszechnym użyciu.
Zacznę od tego, że rywalizacja wpisana jest w relacje męsko-męskie. Prężenie muskułów i pokazywanie, że z pewnością dam radę jest dosyć częstym zjawiskiem. Taka sama rywalizacja jest między jednostkami wojskowymi (np. zadzieranie nosa przez „czarnopagonowców”) albo komentarze żołnierzy z Afganistanu że „Specjalsi” nic nie robią tylko czekają na zadanie a jak już wyjadą to trzeba im zabezpieczyć rejon bo nie są samowystarczalni. Nie dziwi więc, że w relacjach pomiędzy wojskiem a kolokwialnie mówiąc „przebierańcami” takie napięcia również będą występować.
Drugi aspekt tej rywalizacji to ocena wysiłku jaki włożyło się w to, żeby móc nazywać się żołnierzem i nosić mundur. Godziny „tupania” na placu podczas unitarki, służby, poligony, weekendy w pracy, to cena którą trzeba ponieść by być żołnierzem a tu jacyś leszcze pozują sobie w mundurach do lans-fotek. Niechęć wydaje się być zrozumiała.
Zmieńmy teraz perspektywę patrzenia. Według ustawy o powszechnym obowiązku obrony każdy zdrowy mężczyzna w wieku od 18 do 55 lat musi być gotowy by w razie konieczności zasilić szeregi wojska. Rzeczywistość jednak jest inna. Jak napisał jeden mądry człowiek „Niewielu jest przygotowanych do walki, większość jest przygotowana na to że będą walczyć inni”. W tym kontekście każda inicjatywa która choć odrobinę podnosi poziom wyszkolenia czy choćby „ogarnięcia” potencjalnych szeregowców jest na korzyść możliwości obronnych państwa.
Słowo żołnierz bierze się od słowa „żołd” czyli określa człowieka któremu płaci się za gotowość do walki. W tym kontekście żaden członek organizacji proobronnej nie może nazwać się żołnierzem. Jednak to nie pieniądze czynią cywila żołnierzem, to nie mundur, nie wyszkolenie daje mu to szlachetne miano. Dają to dwie rzeczy. Po pierwsze przysięga wojskowa którą człowiek zobowiązuje się do walki o ojczyznę, po drugie, podległość wojskowa która umocowuje konkretną osobę w łańcuchu zdarzeń, którymi kieruje w wypadku wojny Wódz Naczelny na polecenie Prezydenta Polski.
Należy pamiętać, że ci „przebierańcy” w razie wojny będą stali w jednym szeregu z żołnierzami, związani tą samą przysięgą a dzięki pracy którą robią dziś nie będą startować z poziomu „zero”. Być może poziom wyszkolenia tych którzy staną obok Ciebie w szeregu będzie decydował o długości Twojego życia. Więc zamiast wkurzać się na „organizacje proobronne” traktuj ich jak młodszych kolegów którzy nie mogą poświęcać na szkolenie tyle czasu co ty, a każda minuta spędzona „w polu” jest cegiełką do ich doświadczenia. Bądź dla nich przykładem.